Cześć kochani,
styczeń minął mi ekspresowo. Trochę mnie tu było mniej, ale nie zniknęłam, po prostu zbierałam energię, porządkowałam głowę i cele. Zauważyłam, że im jestem starsza, tym bardziej wybieram konsekwencję zamiast perfekcji. Wracam więc stopniowo, ale z większą uważnością. I właśnie z tej uważności powstał ten tekst.
Bo jeśli masz skórę mieszaną, to prawdopodobnie znasz to uczucie: policzki potrzebują komfortu, a strefa T potrafi zapchać się od kosmetyku, który teoretycznie miał być „lekki i bezpieczny”. Przez lata testów nauczyłam się, że problem bardzo często nie leży w ilości produktów, tylko w konkretnych składnikach. Takich, które u mnie regularnie kończą się zaskórnikami, kaszką albo nieprzyjemnym uczuciem „czegoś pod skórą”.
Masło shea nie zawsze jest ratunkiem
Masło shea to jeden z tych składników, które w teorii są ideałem. Regenerują, chronią barierę, są polecane zimą. W praktyce na mojej mieszanej skórze bardzo łatwo okazują się zbyt ciężkie. Szczególnie wtedy, gdy pojawiają się wysoko w składzie i nie są zbalansowane lżejszymi emolientami. Po kilku dniach regularnego stosowania widzę drobne grudki, głównie w strefie T. Dziś sięgam po nie tylko punktowo albo w kremach stricte nocnych i nie codziennie.
Oleje, które szybko mnie zapychają
Olej kokosowy to absolutny klasyk wśród składników, które mnie zapychają. Naturalny, popularny i często polecany, a jednak moja skóra reaguje na niego bardzo szybko. Nawet niewielka ilość w kremie potrafi skończyć się zatkanymi porami. Zostawiłam go więc do pielęgnacji ciała i włosów, a w kosmetykach do twarzy po prostu go unikam.
Dużym problemem są dla mnie również oleje o wysokim potencjale komedogennym, takie jak olej z kiełków pszenicy, olej kakaowy czy olej lniany w bogatych formułach. Choć pełne wartościowych kwasów tłuszczowych, moja mieszana skóra nie radzi sobie z nimi przy regularnym stosowaniu. Nawet w serum potrafią wywołać zaskórniki zamknięte i uczucie ciężkości, którego bardzo nie lubię.
Podobnie reaguję na olej z oliwek. Choć bogaty w składniki odżywcze, u skór mieszanych bywa problematyczny, szczególnie przy regularnym stosowaniu. Na suchych partiach jeszcze się broni, ale strefa T szybko pokazuje, że to dla niej za dużo. To jeden z tych składników, które nie robią krzywdy od razu, tylko kumulują efekt przeciążenia.
Parafina i efekt zapychania pośredniego
Parafina to temat, który często dzieli pielęgnacyjny świat. Sama w sobie nie jest komedogenna w klasycznym rozumieniu, ale na mojej skórze mieszanej bardzo łatwo prowadzi do zapychania pośredniego. Tworzy szczelną warstwę, pod którą skóra zaczyna się dusić, szczególnie jeśli wcześniej użyłam serum lub kremu o cięższej formule. Efekt nie pojawia się od razu. Najpierw jest wygładzenie i komfort, a po kilku dniach zaskórniki i nierówności. Dlatego parafina u mnie sprawdza się tylko punktowo i krótkoterminowo, nigdy jako baza codziennej pielęgnacji twarzy.
Gładkość, która bywa złudna
Isopropyl Myristate to kolejny składnik, który daje złudne poczucie idealnej skóry. Gładkość, miękkość, efekt filtra po aplikacji. Niestety u mnie ten efekt jest krótkotrwały, a po kilku dniach pojawiają się niedoskonałości, szczególnie jeśli kosmetyk stosowany jest codziennie. To jeden z tych momentów, kiedy szybki efekt wizualny nie idzie w parze z długofalowym komfortem skóry.
Zauważyłam też, że połączenie silikonów z ciężkimi olejami i woskami bywa dla mnie problematyczne. Same silikony nie są moim wrogiem, ale w zestawieniu z bogatą, tłustą bazą tworzą na skórze warstwę, która po czasie prowadzi do zapychania porów. To efekt, który pojawia się cicho i stopniowo, dlatego tak łatwo go przeoczyć.
Z czasem nauczyłam się, że moja mieszana skóra najlepiej reaguje na lżejsze, przemyślane formuły. Takie, które wspierają barierę hydrolipidową, ale nie oblepiają skóry. Kluczowa okazała się rotacja kosmetyków i obserwowanie reakcji po kilkunastu dniach, a nie po pierwszym użyciu. Skóra bardzo rzadko kłamie, tylko trzeba dać jej czas.
Na koniec chcę jasno powiedzieć. To, że dany składnik zapycha mnie, nie oznacza, że zapcha każdego. Skóra mieszana bywa bardzo indywidualna. Ale jeśli masz poczucie, że robisz wszystko „jak trzeba”, a mimo to coś ciągle się dzieje, być może odpowiedź kryje się właśnie w składzie, a nie w liczbie kosmetyków na półce.
Macie listę swoich zapychających składników, których unikacie?
Buziaki <3
- 10:56
- 0 Comments



